Opowiem Wam dzisiaj jak wyglądał mój pierwszy raz w Londynie. Od tego czasu upłynęło ponad 11 lat, a wydaje się jakby to było kilka dni temu.

Zaczęło się od serialu
Gdy Polska wstąpiła do UE w 2005, w telewizji pojawił się program dokumentalny o ludziach, którzy wyjechali do Londynu (nie Londyńczycy). Oglądałem jeden odcinek. Pamiętam, że był o dwóch panach, którzy szukali pracy, nie znali języka, nie posiadali pozwolenia na prace na budowie, z kasą też było nie za ciekawie, a do tego mieli problemy z mieszkaniem. Jednym słowem dramat. Pamiętam jedną scenę, w której siedzieli przy torach i jedli polskie konserwy przy zachodzie słońca. Mimo nie ciekawej sytuacji, braku jakichkolwiek perspektyw Ci Panowie o dziwo nie narzekali! Wiedzieli, że przyjechali tu zmienić swoje życie i może być ciężko. Pomyślałem, że skoro oni mają na tyle odwagi to dlaczego i ja nie miałbym spróbować!
Postanowiłem kuć żelazo póki gorące. Od razu przypomniałem sobie, że mój kuzyn wiele lat wcześniej wyjechał do Londynu na wymianę studencką i tam został. Zrobił karierę i w rodzinie dużo się o nim mówiło. Pomyślałem, że okazja jest idealna – do seminarium mnie nie przyjęli, na studia było już za późno aplikować. Miałem przynajmniej rok przerwy od szkoły, a czymś trzeba było się zająć.

Szukanie kuzyna
Jak się okazało kilka dni później, niestety mój kuzyn w międzyczasie się wyprowadzał z UK i nie miałem nikogo, kto mógłby mi pomóc wystartować. Moje nadzieje i marzenia prysły. Poddałem się, ale obiecałem sobie, że jeszcze będę wrócę do tego tematu. Po wakacjach zacząłem pracę w jazzowym barze Piec Art w Krakowie gdzie poznałem Leszka. Był on moim managerem i dobrym kolegą. Pewnego wieczoru podzielił się ze mną jego doświadczeniami z Londynu. Opowiadał o spaniu na squocie, imprezach, przygodach i niespotykanej w Polsce wolności. Ten wieczór na nowo obudził we mnie pragnienie przeprowadzki. Zacząłem się przygotowywać, szukać, czytać. Nie było wtedy takich stron jak mamotatolece, nie było blogów, vlogów, poradników. Nic nie było! Na wiosnę zapadła decyzja. Lecę! Kupiłem bilet i z niecierpliwością czekałem, aż moja przygoda się zacznie.

Kama
Na kilka dni przed wylotem (całkiem przez przypadek) spotkałem koleżankę mojej koleżanki, z którą się poznaliśmy kilka miesięcy wcześniej na imprezie. Od słowa do słowa wyszło, że koleżanka o imieniu Kama też leci do Londynu tak jak ja – zupełnie w nieznane. Jej lot był zaplanowany dokładnie na ten sam dzień co mój! Nie lecieliśmy tym samym samolotem, ale spotkaliśmy się na lotnisku Stansted. To było nasze trzecie spotkanie w życiu. Nie znaliśmy się dobrze, ale wiedziałem, że Kama to dobra dziewczyna i czułem, że może byś z nią wesoło.

Pierwsza noc w Londynie
Kama znalazła na couchsurfingu nocleg na pierwszą noc u polaków w dzielnicy Wood Green. Jeden z nich miał auto i odebrał nas z lotniska. Wsiałem do samochodu i szok! Nie mogłem się nadziwić jak on mógł prowadzić samochód tak szybko i wiedział co robić, gdzie skręcić będąc cały czas na lewym pasie! To było niewiarygodne!
W domu chłopaki nas przywitali polską gościnnością, zrobili grilla, kupili karton piwa i opowiadali o swoim życiu. Jeden z nich podzielił się z nami tym, w jaki sposób zarabia. Jego zajęciem było… „ciągnięcie druta”, tak wiem, budzi to skojarzenia, jednak od razu wyjaśniam, że ten gość pracował jako elektryk i ciągnął druty/kable na budowach. Wieczorem czuliśmy się zmęczeni, jednocześnie bardzo szczęśliwi, że trafiliśmy właśnie na tych miłych i życzliwych ludzi.

Szukanie pokoju

Jedna z dziewczyn, która tam mieszkała pokazała nam stronę Londynek.net. Pokazała jak i gdzie szukać mieszkania, zaprowadziła nas do sklepu gdzie kupiliśmy pierwszą AZ-tkę (mapę w formie ksiązki z nazami wszystkich ulic Londynu). Kilka godzin później pojechaliśmy zobaczyć pokój w dzielnicy Leyton. Dom był spory, pokój niewielki, ale był spoko. Dwa łóżka, szafa, okno, lustro. Nie pamiętam dokładnie, ale kosztował chyba 100 za tydzień + depozyt z góry (wówczas nie wiedziałem, o co chodzi z tym depozytem). Wprowadziliśmy się tego samego dnia. W domu mieszkało koło 8-10 osób. Głównie budowlańcy i dziewczyny sprzątające w hotelach. Nie mieliśmy laptopa, nie mieliśmy internetu, ale niedaleko na High Street była kawiarenka internetowa, indyjsko-orientalna 🙂 Chodziliśmy tam, żeby połączyć się ze światem, zadzwonić na Skype do rodziny, szukać pracy, napisać i wydrukować CV.

Przylecieliśmy w czwartek, w piątek przeprowadziliśmy się na Leyton, a w sobotę zrobiliśmy pierwszą wycieczkę do Centrum. Cóż to była za podróż! Autobusem linii 55 z Leyton do Trafalgar Sqare (nie stać nas było na metro) jechaliśmy chyba 2 godziny, podniecając się każdą rzeczą! Gdy dojechaliśmy do Oxford Street oboje poczuliśmy się jak prawdziwi zwycięzcy! Oboje słyszeliśmy o tej ulicy i pojawienie się tu było już sukcesem. Następnie słynna „fajeczka na Trafalgar” – obowiązkowy punkt zwiedzania, jak to mówiła Kama, która wiedziała znacznie więcej o Londynie niż ja. Kolejny dzień był dziwny. W niedzielę to miasto wygląda inaczej, spokojniej. Postanowiliśmy wybrać się na mszę do polskiego kościoła. Dowiedzieliśmy się, że polski kościół jest w dzielnicy Walthamstow (ok. 40 min autobusem od nas). Gdy dojechaliśmy na miejsce (nie znaliśmy dokładnego adresu) myśleliśmy, że kościół będzie w centrum. W Polsce jest jeden kościół na wioskę, więc myślałem, że tu jest tak samo. Nic bardziej mylnego. W samym Walthamstow jest kilkanaście kościołów, różnych wyznań i języków. Naszego nie znaleźliśmy i szybko wróciliśmy z poczuciem niespełnienia do domu. W tym czasie w ogrodzie rozpoczynała się impreza. Ktoś wystawił telewizor na zewnątrz, oglądaliśmy film Miś i piliśmy „promocyjki”, czyli 6 piw za 5 funtów. Cóż to były za czasy!

Szukanie pracy

Poniedziałek oczywiście miał się rozpocząć wcześnie rano wycieczką na Oxford Street w poszukiwaniu pracy. Dodam jeszcze, że ja nie
mówiłem ani słowa po angielsku, natomiast Kama mówiła bardzo dobrze (z amerykańskim akcentem, dzięki wizycie w Kanadzie). Oczywiście wstaliśmy koło południa, jechaliśmy 2 godziny autobusem i w centrum byliśmy bardzo późno. Roznosiliśmy nasze CV zwiedzając miasto i odkrywając całkiem inny świat. Wszystko było inne, ludzie, sklepy, jedzenie, autobusy.

Problemy ze znalezieniem pracy

Poszukiwania pracy nie przynosiły skutku, dzień za dniem mijał, a kasa się kończyła. Pamiętam jedną restaurację gdzie szukali pracownika. Weszliśmy tam razem z Kamą i rozmawialiśmy z managerem tzn. Kama rozmawiała, ja się uśmiechałem. Poszukiwali kogoś z moim doświadczeniem, ale językiem Kamy. Zaproponowaliśmy temu panu, że razem będziemy dla niego pracować. Ja na barze, a Kama jako mój tłumacz. Nie oddzwonił nigdy. Jego strata!

Po niecałych dwóch tygodniach szukania, pukania od drzwi do drzwi nasza współlokatorka wysłała nas do „Zośki”. Powiedziała, że w centrum jest taka agencja, którą prowadzi Polka – “Zośka”, która daje prace od ręki w knajpach i, że można jej zaufać. Minusem było to, że Zośka bierze pierwszą tygodniówkę jako prowizję. Oczywiście pod stołem. Na początku płaciło się 50 funtów, a później do miesiąca należało przynieść pozostałą kwotę. Postanowiliśmy zaryzykować i się do niej wybrać.
Biuro mieściło się przy Oxford Street w zaułku za Cafe Nero – podobno przy najmniejszej ulicy w Londynie. W poczekalni było pełno ludzi. Co jakiś czas otwierały się drzwi, ktoś wchodził i wychodził z kopertą. Koperta do dobry znak – w środku był adres gdzie dana osoba dostała prace. Jeśli wychodził bez koperty – musiał czekać. Raz na jakiś czas „Zośka” wychodziła i wskazywała palcem po czym mówiła „ty czekaj, ty czekaj, ty idź do domu, a Pan to kto? Do środka”. Pierwsza weszła Kama, ona zbajerowała Zośkę moimi kompetencjami i zostałem zaproszony do środka biura. Nie pamiętam dokładnie kto dostał pierwszy kopertę, ja czy Kama, ale oboje dostaliśmy pracę od Pani Zosi w zamian za 50 funtów 🙂
Kama dostała pracę w coffee shopie w City, niedaleko stacji Bank. Kawiarnia nazywała się Ravello. Zabawne, bo po kilku latach ja wylądowałem w tym samym miejscu, ale o tym później. Ja dostałem pracę w Rimini Cafe na Leicester Square jako uwaga! Coffee Boy. Moim zadaniem było robienie kawy, herbaty i hot chocolate. Na miejscu okazało się, że jest to kebab/pizzeria otwarta do godzin porannych nakierowana na turystów i pijanych imprezowiczów z Soho. Obsługa była głównie z Albanii. Prawdziwy gang ze złotymi zębami. Kierownik skierował mnie do kuchni, pokazał wielki zmywak i kazał zmywać naczynia. Mówił, że na zastępstwo, bo ktoś ma urlop i to tylko na dwa dni, później wrócę do robienia kawy. Pomyślałem, że byleby płacił obiecane 300 funtów tygodniowo to będzie dobrze. Mogę zmywać.

Jeden z kebab liderów zobaczył, że jestem pracowity, robię wszystko, co mi każe, a do tego nie znam za dobrze angielskiego. Wiedział, że się nikomu się nie poskarżę, więc zaczął mnie wykorzystywać. Nie seksualnie, fizycznie. Czyściłem za niego stanowisko do kebaba, wnosiłem śmieci, mopowałem kuchnię, shop floor… Boże ile tam było tłuszczu! Kilka razy go wyprowadziłem z równowagi moim brakiem angielskiego, ale ogólnie dawałem rady. Po tygodniu przyszła koperta z wypłatą. Koperta poszła „przez pomyłkę” do kuchni, wróciła otwarta, a w środku było…145 funtów! Za cały tydzień cięzkiej pracy do rana, po nocach. Koszmar. Pomyślałem, że kucharze ukradli część, ale nie wiedziałem jak mam to zgłosić. Poczekałem na drugą wypłatę. W międzyczasie miałem krwotok z nosa i masę niemiłych przychód oraz przykrych sytuacji z moimi “kolegami” z pracy. Zaczął się trzeci tydzień w tym miejscu. Moja zmiana zaczynała się o 17:00 do 02:00. Pojechałem tam wcześniej dowiedzieć się jak z wypłatą wyszedłem w tym tygodniu. Około godziny 15 odebrałem kopertę. W środku było znowu 145 funtów. Uśmiechnąłem się 🙂 Powiedziałem see you later poo czym wyszedłem. Udałem się prosto do Zośki. Ta gdy usłyszała moją historię wzięła za telefon, połączyła się z szefem tego burdelu i zwyzywała go za to co mi zrobili jego pracownicy. Powiedziała żebym przyszedł następnego dnia to mi znajdzie inną pracę. Chodziłem do niej kilka dni, aż się poddałem. Wysyłała mnie do miejsc, gdzie mnie nie chcieli. Kasa się kończyła, spagetti w puszce z ASDY za 15 pensów już wychodziło mi uszami, czułem się koszmarnie. Żałowałem, że przyjechałem do UK. Postanowiłem się spakować i wrócić do Polski. Kupiłem bilet i poszedłem do Zośki powiedzieć, że by już mi nie szukała pracy. Ona spojrzała na mnie i powiedziała, że nie mogę się poddać. Że zawsze są chwile słabości i żebym jej dał jeszcze jedną szansę. Wzięła telefon, zadzwoniła do kogoś i powiedziała, że znalazła mi super pracę w restauracji. Powiedziałem, że za 2 tygodnie mam bilet i jeśli mi się tam nie spodoba to i tak wracam. Przybiliśmy ten układ uściskiem dłoni. Pojechałem do owej restauracji. Było to na południu Londynu w dzielnicy Clapham South. O Boże jak tam było pięknie! Bez porównania z zatłoczonym i brudnym Leicester Square! Restauracyjna nazywała się Antipasti e Pasta II i mieściła się na maluteńkim, uroczym markecie wśród bogatych i pięknych domów. Wszedłem do środka, przywitał mnie właściciel – Pan Barroso. Usiedliśmy do stołu i porozmawialiśmy chwilę. Powiedziałem mu, że mam bilet za 2 tygodnie do Polski i nie wiem, czy zabawie długo w jego firmie. Widać było po mnie, że wcale nie chciałem tej pracy. Powiedział, żebym robił to, co chcę, a on da mi możliwości poznania jego biznesu przez te dwa tygodnie. Był to przemiły starszy pan, który prowadził ten knajpkę od wielu lat. Praca była 6 dni w tygodniu od 9:30-13 i od 18 – 23. Moim zadaniem było robienie napoi, kaw, herbat, drinków (najczęściej gin&tonic) oraz uśmiechanie się do klientów zza baru. Panowała tam rodzinna i miła atmosfera, wszyscy pochodzili z Portugalii, śmiali się, żartowali i… jedli! Cały czas coś jedliśmy! Na śniadanie jadłem pyszne bagietki z masłem solonym i oliwki, lunch zawsze jadałem razem z szefem. Opowiadał mi o swoim dzieciństwie, swoim życiu, o kuchni. Bardzo się polubiliśmy. Po przerwie popołudniowej zaczynaliśmy wszyscy pracę
od 18:00 wspólną kolacją z winem. Cały personel, kucharze, kelnerzy, bar, szef. Pojedzeni i radośnie nastawieni otwieraliśmy knajpę dla gości. To był cudowny okres!

Praca za £110 na tydzień
Wypłata była kolejną niespodzianką. W środę po tygodniu pracy otrzymałem kopertę, a w niej… £110! Łzy mi zakręciły się w oczach. Pomyślałem, że to nie jest możliwe, jakim cudem przeżyje za taką kwotę? Szefa nie było, nie miałem jak z nim porozmawiać. Doczekałem do niedzieli. Zamknęliśmy lokal i wychodziłem. Kelner zawołał mnie żebym poczekał bo jeszcze nie podzielili napiwków. Pomyślałem, że spoko jakieś 20 funtów może wpadnie 😀 Będzie na wino. Dostaje kopertę, grubą kopertę, zaglądam do środka, a tam pełno banknotów! Po podliczeniu wyszło £260 samych napiwków! Razem z moją podstawową wypłatą wyszło mi aż 370 funtów za tydzień(!!!) luźnej i bardzo przyjemnej pracy! Do tego miałem jedzenie i picie all inclusive! Bylem w siódmym niebie! Oczywiście nie wróciłem do Polski. Zostałem wtedy dłużej niż planowałem w Antipasto E Pasta II. Zmieniłem mieszkanie (musiałem, bo nie miałem co robić z przerwami popołudniowymi) jeździłem na hulajnodze, czytałem książki, chillowałem się w parku i korzystałem z zarobionych pieniędzy ile się da!

To była szkoła życia!
Pod koniec września wróciłem do Polski by rozpocząć studia na Uniwersytecie Jagielońskim. Tamte wakacje były największą przygodą mojego życia. Pokonałem wiele słabości, trudności i kosztowało mnie to bardzo dużo cierpienia i wyrzeczeń, ale opłacało się. Wspominam ten okres jako jeden z najlepszych, jakie miałem! Jestem wdzięczny, Kamie, Pani Zosi i Panu Barroso za dobroć i wsparcie, jakie od nich otrzymałem.

Jaki z tego morał? Nie wolno się poddawać. Zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji! Trzeba zakasać rękawy, pomodlić się i wierzyć, że się uda! Gdybym wtedy wrócił do Polski, nigdy bym się nie zakochał w Londynie, moje życie by wyglądało całkowicie inaczej. Myślę, że znacznie gorzej.

Podziel się tym artykułem z innymi!